niedziela, 4 września 2016

Dziewięć wieczorów pamięci i teraźniejszości:
Dworzec Świebodzki scenerią sztuki w pełnym wymiarze
 
Portal zwieńczony neonem, który jaśnieje także w nocy: Wrocław Świebodzki. Widzi się jednak tylko tyle, ile się wie. A nawet i wtedy… Trudno sobie wyobrazić, że ta pokaźna brama oflankowana z obu stron zwartą zabudową była niegdyś jedną z najważniejszych stacji kolejowych Breslau – wybudowanym w połowie XIX wieku dworcem, zwanym wówczas Freiburger Bahnhof. Teren ten, dziś w dużej mierze niewykorzystany i świecący pustkami, bywał świadkiem licznych tragedii i kolebką ostrożnych nadziei. Stąd bowiem po zakończeniu wojny w 1945 roku deportowani byli na Zachód niemieccy wysiedleńcy, tutaj też przyjeżdżali nowi, polscy osadnicy. I jedni, i drudzy byli tylko pionkami na szachownicy (światowej) polityki.


Przed pójściem na premierę towarzyszyły mi różne, całkiem realne obawy: Jak realizatorzy spektaklu zdołają na dziewięć wieczorów wskrzesić takie miejsce, nie popadając zarazem w dydaktyczno-moralizatorską manierę? I – czy to miejsce, tak brzemienne losami, nie zmieni się aby w scenerię ambitno-górnolotnych „instalacji”, które w naszych czasach stają się swoistą rutyną kultury europejskiej?

Moje obawy okazały się jednak bezpodstawne, bo to, co zaczęło się tam w ostatni dzień sierpnia o godzinie 17.00 i dobiegnie końca 10 września, okazało się najlepszym połączeniem dwóch światów: Estetyki i polityki. Historii i teraźniejszości. Zaangażowania i innowacji artystycznej. I wreszcie: buntu i bezpretensjonalności.

Cóż takiego możemy tam obejrzeć? Na początek – karykatury zwisające spod sklepienia holu. Może początkowo nie wszystkie naprawdę udane, ale zaraz potem: jedna dywersyjna perełka po drugiej: w kuluarach hali dworcowej przekształconej w scenę wiszą mianowicie wyborne gagi polskiego rysownika Marka Raczkowskiego. I któż tu się znienacka pojawia – po krótkiej obserwacji moich bezskuteczny prób odszyfrowania tekstów na karykaturach? Polskie czytelniczki mojego blogu! Fanki – zwłaszcza owego krytycznego monologu „prosto z mostu”, którym – jak mnie po cichu zapewniają, śmiejąc się wesoło – najprawdopodobniej nie przysporzyłem sobie nowych przyjaciół w tutejszych instytucjach… Obydwie są absolutnie dwujęzyczne i teraz z zaciekawieniem czekają na to, jak moja tłumaczka przełożyła tamten niecenzuralny monolog przy kieliszku. Nie wątpią, że pani Słabicka i z tym tekstem poradziła sobie po mistrzowsku. Tylko dlaczego – i tu nam wszystkim nasuwa się to samo przekorne pytanie – dlaczego akurat przy tym tekście proces instalowania go na polskiej stronie blogu trwa aż tak długo? Czyżby Polacy nie mieli czytać tego wszystkiego, co czytają Niemcy? Ależ skąd, to byłoby przecież jakieś zupełnie absurdalne podejrzenie o cenzurę, jakaś paranoja – nieprawdaż? Zaraz potem jednak skupiamy się na spontanicznych tłumaczeniach karykatur Raczkowskiego!


„O tutaj, niech pan popatrzy: dwóch Bawarczyków przy piwie: Pojechałbym do Polski wykupić ziemię, ale boję się, że w tym czasie jakiś Polak zajmie mi moje miejsce pracy.” A zaraz potem jeszcze coś ostrzejszego: inauguracyjna wizyta czterech wojskowych NATO w „nowej” Polsce pod rządami PiS. W kontekście rozporządzenia o wieloetniczności jeden z tubylców szepcze: Dobrze, że chociaż jeden jest biały, co jego kolega kwituje krótko: To Niemiec! Ha ha ha …

Niemcem jest też – mimo francuskiego nazwiska – reżyser Stephan Stroux, który opracował koncepcję tej zręcznej mozaiki koncertów, ekspozycji, prezentacji prozy, instalacji świetlnych i teatru w plenerze. Przed rozpoczęciem pierwszego koncertu stoi skromnie, trzymając w dłoni butelkę wody mineralnej, i przypomina o bezdomności jednostki niesionej przez nurty historii i ideologii. Mówi o tym, jak te nurty porywają albo wciągają ludzi w służbie tej czy innej „sprawy”. Ten, kto zna zwyczajowe przemówienia „politycznie świadomych” artystów niemieckich, zwłaszcza zaś ich skłonność do bezkrytyczności wobec samych siebie, może tego wieczoru odetchnąć z ulgą: Stroux mówi po angielsku bez teutońskiego akcentu, unikając retorycznych frazesów i emocjonalnych wyciskaczy łez. Cały projekt przedstawia zwięźle i tylko krótko nadmienia, że dzisiaj pojawią tu też koledzy z Teatru Polskiego z szyldami protestacyjnymi przeciwko nowemu, narzuconemu odgórnie dyrektorowi, gwiazdorowi oper mydlanych związanemu z kręgami rządowymi. (Czego Stephan Stroux wcale tak szczegółowo do mikrofonu nie mówi, ale o czym opowiadają sami aktorzy w antraktach spektaklu – prosząc, abym na blogu wspomniał o ich proteście.)


Potem: pierwszy koncert. Urokliwy, poruszający korowód chrześcijańskich pieśni a capella (pięć wspaniałych młodych głosów z Teatru Zar), pieśni jiddisch w wykonaniu Bente Kahan i wreszcie porywający całą publiczność taniec suficki Ibrahima Mahmouda, Egipcjanina mieszkającego od siedmiu lat w Jeleniej Górze. (W przerwie spektaklu dochodzi jeszcze jedna informacja, poniekąd aktualizacja statusu ponadnarodowej i ponadreligijnej wolności artystycznej: Do udziału w przedstawieniu zaproszony był początkowo artysta turecki, reżim Erdogana odmówił mu jednak wydania paszportu. Rzeczywistość lata 2016.) Sztuka, która nie usypia, tylko porusza: Das Schtedl brennt (Sztetl płonie), śpiewa Bente Kahan wibrującym głosem, który przenosi słuchaczy w inny wymiar. Wszak to nie tylko – i ta refleksja akurat teraz, tutaj we Wrocławiu – rosyjscy Kozacy czy też polscy, litewscy bądź ukraińscy chłopi wielokrotnie na przestrzeni wieków palili żydowskie sztetle, lecz także… Także tamci niemieccy mieszkańcy Breslau, którzy wstąpiwszy do SS lub do Wehrmachtu, mieli swój wkład w próbę unicestwienia całego narodu żydowskiego.


A teraz: Ta pieśń, pełna bólu i zarazem siły przetrwania naocznych świadków! Na koniec zaś taniec Ibrahima Mahmouda – wirowanie materii i ciała, i wzniesione w modlitewnym geście ręce sygnalizujące nie poddanie, tylko wdzięczność! (Ogromne brawa. I wkrótce potem – jakże zabawna obserwacja – te wszystkie tęskne spojrzenia polskich kobiet, które na widok czarującego artysty, odzianego teraz w zachodni ubiór, przypominają sobie, jakim niedosytem dla zmysłów jest konieczność przebywania w otoczeniu etnicznie homogenicznym – w przeciwieństwie do życia w środowisku mieszanym.)


Tymczasem na zewnątrz zapadł już zmierzch, przechodzimy razem obok ekranów, które w kolejnej hali dworca dają świadectwo losów współczesnych uchodźców: bezimienne miejsca i przymusowa migracja – w śródziemnomorskich portach, na węgierskich i chorwackich dworcach, na niemieckich parkingach autokarowych.

Wreszcie zaś na zewnątrz, pośród zarośniętych trawą torów: sztucznie naniesiony piach. Nie ma on nic wspólnego z uciechami plaży – jest natomiast wspomnieniem miejsc, z których pochodzą dzisiejsi uchodźcy – owi uchodźcy, których „u nas” nie życzy sobie ani niemiecka AfD, ani polski PiS. W małym zamku z piasku tkwi napis „Festung Breslau”, bawią się w nim romskie dzieci, w międzyczasie rozpoczęła się już bowiem – ku ponownemu zaskoczeniu raczącej się winem i przekąskami publiczności – ostatnia część wieczoru: pod tytułem Don’t be so sure that you are legal: I znowu raczej ferment zmysłów niż bezbarwna sztuka dla sztuki.


Uciekający/ wypędzeni/ przybysze wyświetlani na ścianach wnętrz dawnego dworca. Ci niegdysiejsi w beretach, z kartonowymi walizkami, a tuż obok ci współcześni. Przemarsz płonącego serca, przypominający orszak inkwizycyjny, nie od razu w pełni zrozumiały, nabiera dopiero sensu w trakcie następującego po nim „dialogu ponad torami”: Ludzie toczą spór na temat „tożsamości”, propagując lub odpierając nacjonalistyczne chimery. I wciąż jeszcze, do samego końca: ani śladu owej politycznej poprawności i taniego oburzenia, które przy białym winie mogłoby natrafić na jakże podatny grunt. Nic z tych rzeczy – w widowisku, którego kontynuacja potrwa do 10 września. Czekają nas zatem kolejne przedstawienia, koncerty i prezentacje prozy – na potrzeby tego projektu pisarze Olga Tokarczuk i Matthias Göritz napisali wszak specjalne teksty.


Temu pełnemu energii magicznemu spektaklowi na Dworcu Świebodzkim pozostaje życzyć, by obejrzało go jak najwięcej widzów.



Teilen

0 komentarze:

Publikowanie komentarza